Na równinie Salisbury, gdzie wiatr wieje tak mocno, że zagina trawę niemal do ziemi, stoi krąg kamienny, który od pięciu tysięcy lat zadaje ludzkości to samo pytanie: jak to możliwe. Stonehenge nie jest tylko zabytkiem. To najstarsza wiadomość, jaką neolityczni ludzie zostawili przyszłym pokoleniom, zapisana w głazach ważących tyle co dziesięć autobusów każdy. I choć dziś otacza go płot i kolejki turystów, w bezchmurną noc przesilenia wciąż czuć, że to miejsce żyje
Gdzie jest ta niezwykła budowla
Stonehenge znajduje się 140 kilometrów na zachód od Londynu, w hrabstwie Wiltshire, na pustej równinie, gdzie najbliższe drzewo rośnie kilka kilometrów dalej. Z daleka wygląda jak korona olbrzyma, która spadła na ziemię. W środku wielki zewnętrzny krąg z potężnych bloków sarsenów, każdy do 30 ton, połączonych kamiennymi nadprożami tworzącymi idealne łuki. Wewnątrz mniejszy krąg niebieskich kamieni, przywiezionych z gór Preseli w Walii, ponad 240 kilometrów stąd. Jeszcze głębiej podkowy z trilithonów – dwa pionowe głazy przykryte trzecim, z których najwyższy ma prawie 9 metrów. Całość otoczona wałem ziemnym i fosą, a wokół dziury po drewnianych słupach i mniejszych kamieniach, które zniknęły tysiące lat temu.
Budowa, która trwała tysiąc lat i wciąż zadziwia inżynierów
Stonehenge nie powstał w jednym wielkim zrywie. Pierwsi ludzie przyszli tu około 3100 roku p.n.e. i wykopali okrągły rów o średnicy 110 metrów, wznosząc wał z kredy tak białej, że w słońcu świeciła jak latarnia. W środku ustawili drewniane słupy – być może totemy albo kalendarz księżycowy.
Dopiero po 500 latach, około 2500 roku p.n.e., zaczęli ciągnąć niebieskie kamienie z Walii. Jak to zrobili? Prawdopodobnie zimą, po zamarzniętej ziemi, na drewnianych saniach smarowanych tłuszczem zwierzęcym. Potem, w ostatniej wielkiej fazie około 2000 roku p.n.e., przywieziono sarseny z Marlborough Downs, zaledwie 30 kilometrów stąd, ale wciąż każdy kamień wymagał pracy setek ludzi przez całe tygodnie. Ciosali je kamiennymi młotami, łączyli na czopy i wpusty niczym gigantyczne lego. Dziś wiemy, że używali lin z łyka lipowego i ramp ziemnych – ślady po nich wciąż widać.
Prehistoryczne obserwatorium astronomiczne?
Przez lata mówiono, że Stonehenge to obserwatorium astronomiczne. I rzeczywiście – oś budowli idealnie wskazuje wschód słońca w dniu przesilenia letniego i zachód w przesilenie zimowe. Heel Stone, samotny głaz poza kręgiem, działa jak celownik. Ale to tylko część prawdy. Archeolodzy znaleźli tu setki pochówków z okresu budowy, w tym słynnego Łucznika z Amesbury, którego szkielet leżał wśród strzał. Inne kości noszą ślady chorób i urazów – ludzie przychodzili tu leczyć się albo umierać. Było to więc jednocześnie świątynia, cmentarz, miejsce zgromadzeń i prawdopodobnie największy szpital epoki kamienia łupanego.
Gwiazdy, które prowadziły budowniczych
W dzień przesilenia letniego słońce wschodzi dokładnie nad Heel Stone i rzuca promień prosto w serce kręgu. Zimą promień pada na ołtarzowy kamień w przeciwnym kierunku. Niebieskie kamienie wydają dźwięk, gdy się w nie uderzy – być może używano ich jak gongów podczas rytuałów. Ostatnie badania pokazują, że niektóre kamienie ustawiono tak, by wskazywały ekstremalne pozycje Księżyca co 18,6 roku. Stonehenge było więc czymś w rodzaju neolitycznego superkomputera do przewidywania zaćmień i planowania wielkich pielgrzymek.
Co w ostatnich latach odkryła nauka?
W 2010 roku projekt Stonehenge Riverside Project ustalił, że w promieniu 3 kilometrów od kręgu stało niegdyś ogromne osiedle Durrington Walls – neolityczne Woodstock, gdzie podczas przesileń biesiadowało nawet 4000 ludzi. W 2020 roku badania DNA pokazały, że budowniczowie pochodzili z terenów dzisiejszej Walii, Bretanii i nawet Iberii – to była pierwsza europejska „unia” tysięcy lat przed Unią Europejską. Analizy izotopowe zębów wykazały, że świnie, których kości znaleziono w ogromnych ilościach, przyprowadzano z odległości setek kilometrów, aby zjeść.
Legendy, które narosły wokół kamiennego kręgu
Artur i Merlin – najsłynniejsza opowieść mówi, że czarodziej przeniósł kamienie z Irlandii, gdzie leczyły chorych, a potem postawił je na równinie ku czci rycerzy zabitych przez Saxonów. Szekspir wspomina Stonehenge w „Królu Lirze”.
W XIX wieku wierzono, że to ołtarz druidów, choć druidzi pojawili się dwa tysiące lat później. W latach 60. hipisi uznali je za miejsce mocy i zaczęli tu medytować nago. Dziś neopoganie wciąż świętują tu przesilenia, choć w kontrolowanych grupach, bo zabytek jest pod ochroną UNESCO od 1986 roku.
Stonehenge dziś. Między magią a tłumem turystów
Każdego roku przyjeżdża tu ponad milion ludzi. I prawie każdy pisze prawie to samo: „Myślałem, że będę sam z historią, a tu tłumy i płot”. Rzeczywistość jest brutalna – od 1978 roku nie można już wejść między kamienie, tylko obejść ścieżką w odległości kilkunastu metrów. Zdjęcia bez ludzi robi się albo o 5 rano podczas specjalnych wejść (bilety wyprzedają się w kilka minut), albo zimą o zmierzchu, gdy mgła pochłania autokary. Najlepsze momenty, to jednak prywatne sesje o wschodzie lub zachodzie słońca – kosztują fortunę, ale wtedy naprawdę czuje się, że kamienie oddychają.
Dlaczego to miejsce wciąż fascynuje?
Bo Stonehenge to lustro. Patrzymy na głazy i widzimy, jak bardzo jesteśmy tacy sami jak ludzie pięć tysięcy lat temu – chcieli zrozumieć niebo, pożegnać zmarłych, świętować życie. Tylko zamiast smartfonów mieli kamienie. I jakoś im się udało stworzyć coś, co przetrwało dłużej niż jakakolwiek cywilizacja, którą znamy. Kiedy stoimy tam w ciszy, wiatr niesie szept sprzed wieków: „Jesteśmy, pamiętajcie”.
Stonehenge: (c) Informacje Karykatury.com / GR
Zobacz też:
>
>


