Niedawno nowa klientka obawiała się, czy na pewno specjalnie przyjadę 150 km samochodem, aby dotrzeć na jej imprezę. Wiedziała, że od lat działam w branży eventowej i dla mnie to codzienność, ale wciąż do niej nie dochodziło -„Naprawdę tak, jak kabarety i zespoły muzyczne, jeździ pan po całej Polsce, aby rysować karykatury? Czy na pewno pan przyjedzie?”. Gdyby było więcej czasu, może opowiedziałbym jej o jednym z moich artystycznych maratonów po Polsce.
Rekord: 7 chętnych na ten sam termin
Zwyczajnie mi szkoda, gdy terminy imprez się pokrywają, więc potencjalnego klienta muszę zostawić bez karykatur, ale nie mogę się rozdwoić. Dwa – trzy pytania o ten sam termin było wiele razy. A na jeden z terminów miałem rekordowe siedem zapytań! Przy czwartym zaczęłam stawić kreski w kalendarzu. Krótko mówiąc, sześciu osobom, które organizowały swój event tego samego dnia musiałem odmówić, bo już miałem zaliczkę i dogadane szczegóły. Raz klient zwlekał z decyzją i gdy po dwóch dniach zadzwonił, miałem już zaliczkę od innego klienta. Raz musiałem odmówić na półtora roku przed terminem wesela, bo już miałem zajęty konkretny wieczór, w dosyć dalekiej przyszłości.
Dlatego zgodnie z prawdą informuję: Tylko ten, kto pierwszy się zdecyduje, ma Sadurskiego na imprezie. Rezerwacja, to konkretna decyzja i wpłata zaliczki, a nie dumanie nad ofertą przez wiele tygodni.
Zdarzało się, że nie jechałem na kolejną imprezę, gdyż człowiek ma pewne granice wytrzymałości i rozsądku. Zrezygnowałem gdy okazało się, że po kończącej się późno imprezie będę miał około 4 godziny snu, aby potem wsiąść w samochód, przejechać kilkaset km i zaraz potem, bez odpoczynku, zaczynać rysowanie dla kolejnego klienta.
Ale były też maratony zakończone sukcesem, które do dziś świetnie pamiętam. Było ich więcej… Zakopane, Opolszczyzna i nie tylko, ale poniższych pięć zapamiętałem szczególnie.
Maraton 1: Cztery dni w trasie i amnezja geograficzna
To miały być 3 dni rysowania pod rząd i podróż samochodem przez niemal całą Polskę. Na szczęście geografia sprzyjała. Najpierw podróż na północ Polski i stamtąd codziennie coraz niżej, w kierunku południowym. Jednak plan został zmieniony po pierwszym dniu, kiedy jadąc na drugą imprezę, dostałem niespodziewany telefon, a klient bardzo prosił. Na szczęście termin się nie pokrywał, więc po trzecim dniu czyli trzeciej wieczornej imprezie wylądowałem w górach, w Szczyrku, aby piątego dnia ruszać do Warszawy.
Zaliczyłem więc cztery imprezy w cztery dni i na szczęście w bagażniku samochodu była nadprogramowa liczba kartoników oraz… bielizny. Stres i zmęczenie były solidne. Trzeciego dnia przed imprezą nie byłem sobie w stanie przypomnieć nazw miejscowości, gdzie rysowałem wczoraj i przedwczoraj! Na szczęście przed wyjazdem wszystkie miejsca noclegowe były już zarezerwowane i o to nie musiałem się martwić. Zadanie było proste: wykonać kolejne zlecenia, bo plan był gotowy.

Maraton 2: Mikołajki z przesiadką w chmurach
Te dwa eventy pamiętam szczególnie, bo aby zdążyć na drugi – musiałem lecieć samolotem. I wiedziałem, że spania nie będzie dużo i regeneracja sił musi być ekspresowa. Tymczasem mikołajkowa impreza w Poznaniu zaplanowana na 4 godziny, wydłużała się. Jak na jednego karykaturzystę, impreza była liczna, w dodatku tak się podobało i było tylu chętnych, że po pierwszej setce narysowanych czyli czterech godzinach i zerowej pauzie na odpoczynek, klient najpierw poprosił o wydłużenie rysowania o piątą godzinę, po której wciąż byli chętni. Rysowałem pełne sześć godzin i skończyłem po północy, choć w planach miałem skończyć dwie godziny wcześniej. Idąc na piechotę do hotelu już wiedziałem, że na siódmą rano muszę ruszać taksówką na poznańskie lotnisko.
Trasa samolotem Poznań – Warszawa jest krótka, a podróż pociągiem odpadała. Wtedy nie miałbym szans na imprezę odbywającą się kolejnego dnia, która zaczynała się w południe, na drugim końcu Polski.
Z Okęcia szybko do domu, kwadrans intensywnego odpoczynku i za kierownicę samochodu. Dwie godziny później zaczynałem rysowanie na firmowym pikniku, na Podlasiu.
Maraton 3: 750 kilometrów – z Tatr nad Bałtyk
Pierwsza impreza w górach kończyła się koło północy. Druga miała się odbyć nad morzem, w Darłowie. Mniej więcej 750 kilometrów i ponad osiem godzin drogi samochodem. Wyliczyłem o której godzinie muszę ruszać i musiałem się tego planu trzymać. Pamiętam, mijałem Świebodzin (w oddali była słynna figura Chrystusa), przemierzałem kolejne miasta. Pod koniec eskapady zatrzymałem się w którymś z większych miast woj. zachodniopomorskiego, bo nigdy tam nie byłem i koniecznie chciałem zrobić kilka zdjęć.
Na wesele w Darłowie dotarłem po południu, gdy już goście siedzieli przy stołach. Nie było czasu na zostawienie walizki i przebranie się w pobliskim hotelu. Białą koszulę i resztę garderoby wkładałem po dotarciu pod salę weselną, w samochodzie. Zjadłem obiad, a potem było 4 godziny rysowania.
Z weselnej sali było widać morskie fale i latarnię morską. Widoki oryginalne, tym bardziej, że 24 godziny wcześniej za oknem widziałem tatrzańskie szczyty. Na szczęście miejsce noclegu miałem blisko, a rano nie musiałem się spieszyć. Spacer nad morzem, sesja pamiątkowych zdjęć przy latarni morskiej, spacer po miejscach turystycznych (były wakacje) i koło południa wsiadałem do samochodu, aby przejechać ponad 500 kolejnych kilometrów.

Maraton 4: Kwadrans w Szczebrzeszynie
Pierwsza impreza była niedaleko Wrocławia, gdzie dojechałem samochodem. Nazajutrz rano czekała mnie dłuższa trasa na wschód, przez Katowice, drogą szybkiego ruchu, aż pod Zamość. Mniej więcej 600 kilometrów i 7 godzin jazdy. Tu uświetniłem jubileusz firmy i niedaleko miałem hotel.
Nazajutrz rano czekała mnie podróż powrotna. Już nie do Wrocławia, ale krótsza, do Katowic. Tysiąc kilometrów w niewiele więcej niż w 24 godziny. Po drodze, rano, pstryknąłem kilka zdjęć w Szczebrzeszynie – obok figury chrząszcza stojącego przed ratuszem.
Maraton 5: Szaleństwo i królewski nocleg pod baldachimem
To były dwudniowe targi w Poznaniu. I choć zwykle trafiam tu pociągiem, tym razem musiałem dojechać samochodem. Pamiętam, parkowałem za całkiem spore kwoty na pobliskim parkingu. Na szczęście drugi dzień targowy był krótszy, do tego od razu klientowi zapowiedziałem, że nie mogę być długo, bo tego samego dnia jadę na wesele, jakieś 250-300 km dalej.
To była szalona jazda i walka z czasem. Na szczęście jechałem drogami, na których nie stała drogówka. Gdy wpadłem do lokalu, wesele trwało w najlepsze i pamiętam radość w oczach państwa młodych, gdy dotarłem. I gości którzy widzieli, że przyjadę. Państwo Młodzi wiedzieli co przeżyłem i że czekają mnie 4 godziny rysowania gości, a potem spanie. Choć próbowałem protestować, oddali mi swój małżeński pokój w hotelu. Wielkie łoże, baldachim i wokół białe, niebiańskie „firanki”. Nawet po moim weselu w takim nie spałem i nie sądzę, abym kiedyś znów mi się to przytrafiło.

Artysta eventowy – podsumowanie
To były zwariowane podróże, ale takie bywa zawodowe życie artystów eventowych. Dotrzeć na miejsce i zrobić swoje czyli sprawić, aby na twarzach gości zawitał szeroki uśmiech. Oni nie muszą wiedzieć, jakim cudem dotarł do nich artysta i czy jest zmęczony. Najważniejsze, że obiecał, więc dotarł. A skoro przejechał 700 kilometrów aby rysować – czy miałby teraz odpoczywać?
Dla niektórych to, co tu napisałem, jest jak science-fiction. To po prostu niemożliwe i zmyślone. Po każdym z tych maratonów sam też tak myślałem…
Artysta eventowy: (c) Szczepan Sadurski . Karykatury.com
Zobacz też:
> Znany karykaturzysta na event w Olsztynie i na Mazurach
> Rysowanie karykatur na żywo w Szczecinie i woj. zachodniopomorskie


